Wysoka dziewczyna Katnemir Balagov

Wojna nie ma w sobie nic z kobiety*, wojna nie ma w sobie nic z mężczyzny

Agnieszka Siołek-Cichocka Kultura, Seans psychologiczny Leave a Comment

„Wysoka dziewczyna” to film w reżyserii Kantemira Balagova inspirowany słynnym reportażem noblistki Swietłany Aleksijewicz „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”. Jest opowieścią o doświadczeniu złożonej traumy i próbie powrotu do życia, poskładania go z rozpaczliwej nadziei, tęsknoty i złudzeń. Z kruchego i sypkiego tworzywa, z którego trudno cokolwiek zbudować.

Bohaterki filmu, dwie młode kobiety, próbują żyć po doświadczeniu wojny i powrocie z frontu. Każda z ranami i niewyobrażalnymi traumami, chwytają się wszelkich sposobów by odzyskać utracone życie. Masza i Ilja przeżyły, ale od środka są martwe. Wyjałowione z uczuć, otępione, odcięte od emocji, z okaleczonym wnętrzem w ruinach miasta chcą uciec od wspomnień, ale też przypomnieć sobie, kim były.

Wojna na zewnątrz dobiegła końca, ale nieprzerwanie trwa w ich ciałach, w ich głowach. Rozgrywa się w codzienności. W drobnych gestach. W mimice. W błaganiu o pomoc w odejściu z tego świata. W przemocy i przekraczaniu granic – swoich i innych ludzi. Aż w końcu wchodzi i przenika przestrzeń tych, którzy nie mieli z wojną bezpośrednio nic wspólnego.

Ta historia to porażający obraz, co wojna robi z człowiekiem. Jak bardzo okalecza psychikę, jak prowadzi do upadku człowieczeństwa i moralności. Jeśli ktokolwiek ma jeszcze jakieś romantyczne i wzniosłe wizje na temat wojny, niech zobaczy „Wysoką dziewczynę”. Wojna nie tylko „nie ma w sobie nic z kobiety” (za tytułem Swietłany Aleksijewicz*), ale również nie ma w sobie nic z mężczyzny.

Widzimy bohaterów odciętych od emocji, żyjących w zaprzeczeniu, wyparciu, doświadczających dysocjacji, a z drugiej strony jest aż gęsto od emocji, których do siebie nie dopuszczają. Wyczuwamy je pod powierzchnią, manifestują się w symbolach i kolorach, które tworzą niezwykłe malarskie kadry. W szczególności rdzawa czerwień i zieleń – śmierć i życie przeplatające się ze sobą w odwiecznym tańcu. Pod tym względem film to niesamowita wizualna opowieść pełna ukrytych znaczeń.

Oglądając go, zwróćcie uwagę, w jakich kolorach chodzą Masha i Ilja i jak zmienność tych kolorów – od jakiego wychodzą, a na jakim się kończą – mówi o dynamice tańca śmierci i życia, a konkretnie o tym, które z nich w danej chwili prowadzi w tańcu i ustala krok.

Jest tu scena, w której Masha wiruje w zielonej sukience. Kręci się i śmieje, na moment powraca do niej radość, odzywa się utęsknione życie, ale im więcej go wpuszcza, tym więcej wypływa rozpaczy i smutku. Jedyną obroną przed bólem jest zastygnąć na powrót – sukienka przestaje się kręcić. To o tym, że nie można odczuwać emocji wybiórczo. Jeśli blokujemy jedną – smutek, więzimy drugą – radość. Kiedy uwolnimy jedną z nich, zaraz za nią wychodzą inne zepchnięte wcześniej w mrok.

„Dziecko nas uleczy” – powtarza co jakiś czas Masza. I w jej słowach wybrzmiewa rozpacz wynikająca z niemożności przeżycia żałoby po śmierci synka, żałoby po utracie dawnego życia, po utracie siebie. Szansę na powrót do życia dostrzega tylko w narodzinach kolejnego dziecka. Jest w jej dążeniu ogromna tęsknota, aby dotknąć życia, jednak ona prowadzi bohaterki w szpony wzajemnego okrucieństwa.

Siedząc w kinie dotarło do mnie, skąd wzięło się fatalne i raniące przekonanie o tym, że „dziecko może uleczyć” i jak to się dzieje, że wciąż funkcjonuje i przekazywane jest z ust do ust np. w sytuacjach, gdy kobiety tracą dzieci. Ale nie tylko wtedy, również w sytuacjach innych życiowych problemów i strat. W tym aspekcie film pokazuje, skąd wyrastają korzenie nieświadomej parentyfikacji (odwrócenia ról w relacji rodzic-dziecko).

Dziecko nie jest i nigdy nie powinno być tym, które przychodzi lub jest po to, by leczyć rany rodziców/opiekunów. To jest zadanie, które wykracza całkowicie poza jego możliwości. To rodzice są od dbania o potrzeby dzieci, a nie dzieci od dbania o potrzeby rodziców. Tylko co, gdy warunki życia tę naturalną zasadę zaburzają?

Ileż jest takich historii… Terapeuta Jarosław Michałowski powiedział w trakcie dyskusji po filmie, że w jakimś stopniu jesteśmy plastrami na wielkie, niewygojone rany naszych przodków. Plastrami, które ledwo je zakrywały, a co dopiero mogły uleczyć. Konsekwencje tego obserwujemy niemal w każdym obszarze życia społecznego m.in. w przerażająco wysokiej liczbie problemów z obszaru emocji i psychiki u dzieci i młodzieży, a także u osób dorosłych.

Trauma rodzi kolejną traumę, a brak warunków do jej przepracowania oraz niemożność przeżycia żałoby pociągają za sobą kolejne straty i przechodzą na kolejne osoby. Ale reżyser prowadząc opowieść, nikogo nie obwinia i nie oskarża. Raczej pokazuje, że to były czasy, w których ludzie nie byli w stanie przepracować swoich doświadczeń, na co zwrócono też uwagę podczas dyskusji. Realia życia sprawiały, że to było niewykonalne. Nie było psychoterapeutów, wsparcia psychologów, badań nad traumą, jakiejkolwiek świadomości w tym obszarze, a przez to możliwości jej leczenia. Nikt zresztą nie chciał rozmawiać o swoich ranach, „użalać się” nad sobą, ponieważ trzeba było zająć się zupełnie czymś innym np. zdobyciem pożywienia dla siebie i swoich bliskich, przetrwaniem, aby ocalić resztki zmysłów. Każdy radził sobie, jak najlepiej mógł, nawet jeśli były to sposoby, które doprowadzały do jeszcze gorszych skutków. I myślę, że w tym ujęciu to obraz, który może być punktem wyjścia do tego, aby zrozumieć.

Dopiero my, dzisiaj, mamy warunki i szansę, aby tego dotknąć i się z tym zmierzyć. I myślę, że jeśli chcemy lepiej zrozumieć naszych rodziców, naszych przodków, lepiej zrozumieć siebie i to, co się z nami dzieje dzisiaj na poziomie społecznym, kulturowym i indywidualnym, warto spojrzeć wstecz, wniknąć w rodzinną i pokoleniową historię i dostrzec schematy, które odziedziczyliśmy i które kształtują nasze życie po dziś dzień. Brak świadomości i zrozumienia w tym zakresie krzywdzi nas i wtórnie traumatyzuje. Infekuje kolejne pokolenia. Nasi przodkowie w nieświadomości mogli przetrwać, nie mieli innej możliwości, ale czasy się zmieniły i dziś już wiemy, jak to na nas wpływa. Nie tylko to wiemy, ale mamy również warunki, metody i sposoby, by zapobiegać traumom, ich konsekwencjom oraz je leczyć.

„Wysoka dziewczyna” jest doświadczeniem o potężnym ładunku emocjonalnym, ale właśnie przez to jest czymś w rodzaju katharsis. Pomyślałam w jego trakcie o wszystkich kobietach i mężczyznach. O odziedziczonej po poprzednich pokoleniach „sile”, że trzeba sobie radzić ponad wszystko, zacisnąć zęby, nie płakać i nie czuć. I jak mocno i głęboko to przekonanie wciąż w nas tkwi. Ale nie sprawdza się w życiu, a spycha na manowce, tworzy podziały. Film zintegrował we mnie wcześniejsze przemyślenia dotyczące tematu wojny i dziedziczenia traum. Spiął je klamrą jeszcze większego zrozumienia oraz szacunku wobec doświadczeń i przeżyć tych, którzy byli przede mną.

Polecam zobaczyć i przegadać. Choć jest to trudny obraz, tak bardzo, że czasem nie chcemy patrzeć i zamykamy oczy, to jest w nim również opowieść o niesamowitej sile życia, która trwa i transformuje się nieustannie ku niemu. Ktoś z Was już widział?

AUTOR

Agnieszka Siołek-Cichocka

Facebook Google+

Jestem pedagogiem i logopedą, pasjonatką psychologii, odkrywania mocnych stron, zabawy słowem i metafory. Piszę o rozwoju dzieci i dorosłych, kulturze, filmach i książkach. Szkolę się na psychoterapeutę w nurcie Gestalt. Mieszkam w Poznaniu. Prywatnie żona, mama i książkowy mol.