i nigdy nie chodziłem do szkoły

…i nigdy nie chodziłem do szkoły

Agnieszka Siołek-Cichocka Duży książkowy mol, KSIĄŻKA Leave a Comment

O niezwykłej historii i relacji ojca i syna – Arno i André Sternów usłyszałam po raz pierwszy kilka lat temu od mojego męża. Teraz ta fascynacja przeszła na mnie. Jestem pod OGROMNYM wrażeniem książki „…i nigdy nie chodziłem do szkoły”. W szczególności pod wrażeniem wydźwięku, jaki się z niej wyłania.

(Nie)zwykła edukacja

Autor – André Stern nigdy nie chodził do szkoły. W książce opowiada, jak przebiegała jego niezwykła edukacja i jak ta niestandardowa ścieżka go ukształtowała i co z niej wynikło. Rodzice André „zdecydowali się”, aby uczył się spontanicznie tylko poprzez zabawę i podążał w niej za sobą kierowany swoją ciekawością i intuicją. W ten sposób André, przez lata swojej indywidualnej nauki, posiadł imponującą wiedzę i umiejętności.

Wzięłam w cudzysłów „zdecydowali się”, ponieważ nie towarzyszyły temu żadne dylematy i zastanawianie się. To była oczywista i naturalna konsekwencja wynikająca ze sposobu myślenia i podejścia do dzieci w rodzinie Sternów. Ojciec André, Arno Stern, pedagog i badacz, poświęcał w swojej pracy szczególną uwagę badaniu spontanicznych skłonności ludzkiej natury, co przełożyło się na jego podejście do dzieci. Najlepiej obrazuje to poniższy cytat:

„Któregoś dnia próg galerii taty przekroczył pewien młody Anglik. Zaproponował usługi tłumaczeniowe, chcąc w ten sposób zarobić na swoje studia. Tata nie potrzebował tłumaczeń, ale złożył mu inną propozycję: ‚Proszę rozmawiać po angielsku z moimi dziećmi’. David bez chwili namysłu odmówił: ‚Nie, nie. Nie jestem nauczycielem angielskiego!’. ‚Dokładnie, właśnie dlatego jestem zainteresowany’, odrzekł tata.”

Bez oceny, porównań, kar i nagród

I tak André nie poznał, co to znaczy być ocenianym, obce mu jest porównywanie się do innych, bo nigdy nie był oceniany ani porównywany, nagradzany ani karany. Rodzice akceptowali jego najdziwniejsze zainteresowania i dbali o to, aby dostarczać mu wiedzy i materiałów, które były niezbędne do ich zgłębiania i realizacji, do poznania konkretnego tematu czy do wykonania eksperymentu lub rzeczy, którą sobie wymyślił. Nie narzucali mu swoich poglądów, zainteresowań i nie mieli wobec niego oczekiwań, aby wyrósł na kogoś o określonych predyspozycjach i cechach. Darzyli go zaufaniem, podchodzili do niego z szacunkiem, dając mu wolność w jego dziecięcych i młodzieńczych wyborach.

„Nigdy nie musiałem mierzyć się z pytaniem, z którego przedmiotu jestem słaby, żeby wiedzieć, co mam doskonalić – mogłem robić dokładnie na odwrót: mogłem doskonalić to, co mnie zachwycało, w czym już byłem dobry, a mogłem stać się jeszcze lepszy. Nie mam dzisiaj w związku z tym żadnych obaw co do ewentualnych braków, bo wiem, że czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nauczy się w poczuciu szczęścia.”

Spontaniczna nauka przez zabawę

André Stern przez lata swojej domowej edukacji korzystał również z zewnętrznych form nauki, ale dopiero wtedy, gdy poczuł się na taką formę gotowy. Pobierał lekcje tylko w tych dziedzinach, które w danym momencie go interesowały np. motoryzacja, obróbka metalu, fotografia, mechanika czy taniec i przez taką ilość czasu, jaka mu odpowiadała. Spontaniczna nauka przez zabawę prowadziła go od jednych zainteresowań do drugich, od tematu do tematu, dzięki czemu uczył się kompleksowo, holistycznie i praktycznie. Np. chcąc skonstruować silnik do zabawki, którą budował, zaczął uczyć się algebry i chemii, bo uznał, że będzie mu to potrzebne, by stworzyć i wymierzyć jeden element konstrukcji. W ten sposób w zabawie od jednej potrzeby do drugiej, opanował potężny materiał wiedzy, często zarezerwowanej na specjalistyczne studia wyższe. Jak sam mówi o sobie, był zwykłym dzieckiem, z tą różnicą, że dano mu możliwość rozwinąć skrzydła.

„Byłem bardzo zwykłym dzieckiem. Każde dziecko mogłoby przeżyć coś podobnego. Do tego nie jest potrzebne specjalnie przygotowane środowisko – wystarczy zachwyt. Niezbędne są też wolność, zaufanie, szacunek i czas. Nic więcej, ale też nic mniej. Wszystko to leży w zasięgu ręki, dostępne również dla rodziców pozbawionych środków i dla tak zwanych „grup niewykształconych”. Całą resztę wnosi dziecko. A to ogromnie ubogaca całą rodzinę.”

Rodzice André nie należeli do osób majętnych, więc chłopiec uczył się również od innych dorosłych, przyjaciół rodziny, chodził po muzeach, galeriach, bibliotekach, obserwatoriach i warsztatach. Uczestniczył w koncertach i bywał w teatrze. Zawsze też uczył się bezpośrednio od osób, które świetnie znały się na swojej dziedzinie – najczęściej od innych samouków. A przez to, że nie miał ograniczeń, miał odwagę, aby szukać takich osób i prosić je o wsparcie lub naukę, kiedy coś go szczególnie interesowało.

Dojrzewanie przez czytanie

Ogromne znaczenie w jego edukacji odegrały książki i czasopisma, które pochłaniał na tony. W jego rodzinie dużo się czytało, jego ojciec jest też autorem kilku książek, więc André od małego przesiąkał kulturą czytania. Jak wspomina, miał okresy, kiedy spędzał na czytaniu nawet sześć godzin dziennie, oddając się lekturze ulubionych pisarzy. Co owocowało kolejnymi odkryciami, fascynacjami i pasjami. Nikt mu w tym nie przeszkadzał i nie wywierał presji, by zajął się czymś innym. Bo czas na inne rzeczy i tematy przychodził i tak, naturalnie i w swoim czasie. Zatem André nie mając programu nauczania, opanował wszystkie umiejętności, których uczy się w szkole w stopniu przekraczającym znacznie poziom szkolny. Ale wynik jest tutaj nieistotny. Najważniejsze jest to, że uczył się rzeczy, które były zgodne z jego osobą i które przydawały mu się w życiu.

Kiedy czytałam te książkę i kolejne opowieści o tym, co stworzył i zrobił w dzieciństwie, byłam zdumiona i zachwycona. Pomyślałam sobie, wow! To jest fascynujące i wspaniałe, a zarazem tak oczywiste i naturalne. Że przecież każdy z nas w ten sposób najszybciej się uczy i że pewnie każdy z nas potrafi wskazać taki fragment w swoim życiu, kiedy nauczył się czegoś sam, tylko dlatego, że to go bardzo ciekawiło i pasjonowało. I niepotrzebna była ku temu zewnętrzna motywacja, metodyka nauczania, bo nauka w ten sposób przychodzi sama, z radością, będąc naturalnym wynikiem naszej ciekawości i motywacji wewnętrznej.

Podczas lektury pomyślałam, że może to dlatego mamy tak duży problem, aby w życiu odnaleźć pasję, kierować się nią i stawiać na przyjemność oraz swoje potrzeby. W końcu m.in. w systemie szkolnym nauczono nas, w toku wielu lat nauki, że podążanie za swoimi potrzebami i zainteresowaniami bywa czymś niewłaściwym i nie wpisującym się w określone ramy. W ramy ocen, schematów, tabelek i narzuconych z góry standardów, według których ktoś przystaje, a ktoś inny nie. Ktoś jest zdolny, a ktoś mniej.

Historia w „…i nigdy nie chodziłem do szkoły” jest piękna, ponieważ pokazuje dobitnie, że w każdym z nas jest potencjał i możliwości. I że wszyscy posiadamy naturalne zdolności uczenia się. Po swojemu. Bo jak pisze autor „jest tyle sposobów uczenia się, ile ludzi na świecie”.

Poczucie wartości

To, co rzuciło mi się w oczy podczas lektury, to temat poczucia wartości. André Stern dorastając w środowisku bez oceny i krytyki, wyrósł na odważnego mężczyznę, który wierzy w siebie i bez lęku realizuje swoje kolejne plany.

„Tata i mama krótko potwierdzali, czy dobrze odczytałem tekst. Nikt nie komentował moich sukcesów, nie klaskał w dłonie i nie krzyczał z zachwytu „brawo!”. Nikt też nie próbował mi narzucić innego rytmu, słowa lub podejścia.”

To jeden z dowodów na to, że oceny – również te pozytywne (w tym nagrody) oraz kary, niszczą poczucie naszej wartości. Pisząc o warunkach, które sprzyjają kształtowaniu się poczuciu naszej wartości, mam na myśli również to, że nie wyróżnia się żadnej dziedziny nauki. Nie promuje się określonych zdolności, nie tworzy podziałów, ale na równi stawia wszystkie dziedziny wiedzy. W domu André od zawsze tak samo poważnie traktowano muzykę, plastykę, jak i matematykę czy fizykę. Intelekt był stawiany na równi z umiejętnościami manualnymi, tańcem czy inteligencją emocjonalną, przez co André Stern nigdy nie miał poczucia winy, że robi coś kosztem czegoś lub zaniedbuje którąkolwiek z dziedzin.

Kompetencje społeczne

Czasem słyszę, że dziecko powinno mieć standardową edukację i robić to, co inne dzieci, uczyć się tego, co inne dzieci i najlepiej jak najszybciej iść do przedszkola lub do innych placówek edukacyjnych, bo jak nie, to będzie miało problemy z rówieśnikami, będzie niedostosowane, aspołeczne, zostanie w tyle, nie da sobie rady w życiu i w ogóle co z niego wyrośnie. Tymczasem jest zupełnie odwrotnie. Dzieci, którym daje się możliwość kroczenia swoją drogą i podążania za sobą, to dzieci, które mają silny kręgosłup i wysokie poczucie własnej wartości, przez co dobrze radzą sobie w świecie i w komunikacji z innymi, mają szacunek wobec innych ludzi, zaufanie do siebie i swoich wyborów, ponieważ nikt nie łamał ich charakteru i nie kazał im się dopasować oraz myśleć tak samo, jak inni. Poza tym dzieci traktują innych tak, jak same są traktowane. Jeśli są szanowane, szanują innych. Jeśli nie są ocenianie, nie oceniają innych. Jeśli respektuje się ich granice, respektują granice innych. Jeśli uznaje się ich „nie”, uczą się uznawać „nie” innych. Jeśli szanuje się ich odrębność i odmienne zdanie, szanują odrębność i odmienne zdanie innych. Itd. Opowieść autora jest na to doskonałym przykładem.

„Nigdy nie byłem zainteresowany porównywaniem się z innymi pod względem wiedzy. Obchodzi mnie tylko to, co można osiągnąć w wyniku połączenia wiedzy mojej i innych. Partnerstwo zamiast rywalizacji. Sprawienie, by różne doświadczenia i trudności służyły wspólnie osiągnięciu wyższego celu.”

Kreatywność i szacunek idą w parze

W książce Jordana Petersona „12 życiowych zasad” przeczytałam o badaniach, które mówią, że naukowcy nie znaleźli związku pomiędzy dawaniem dziecku wolnej ręki i swobody w zabawie i nauce a jego późniejszą kreatywnością. Być może nie, ale sądzę, że nie chodzi o wolną rękę i samą swobodę, ale o to, że podchodzi się do dziecka z największym szacunkiem i traktuje się dziecko serio. Myślę, że właśnie w takich warunkach, w atmosferze szacunku, poszanowania praw dziecka, jego potrzeb i odrębności ma miejsce największa kreatywność, pasja i radość z nauki, która jest niczym innym, jak stawaniem się sobą, drogą, na której można poznać siebie w pełni z całym wachlarzem swoich możliwości. Ponieważ nikt i nic nie zaburza i nie zniekształca procesu stawania się i poznawania siebie. Nikt nie każe dziecku skręcać w inną stronę, tylko dlatego, że coś wydaje się dorosłemu ważniejsze lub istotniejsze.

Dziś André Stern jest muzykiem, kompozytorem, lutnikiem gitarowym, pisarzem oraz dziennikarzem. Nauczycielem, wykładowcą i edukatorem. Ekspertem w dziedzinie alternatywnych metod kształcenia. Pomimo, że nie ukończył żadnej szkoły. Więcej o nim znajdziecie na jego oficjalnej stronie (klik). Zachęcam do zapoznania się.

Polecam Wam tę książkę w szczególności, kiedy jesteście rodzicami. Choć nie tylko, bo to wspaniała lektura absolutnie dla każdego, kogo interesuje rozwój, ciekawe historie i poznawanie innych perspektyw. Dla każdego, kto chodził do szkoły. ;) Oraz dla wszystkich osób w jakikolwiek sposób związanych z edukacją. Mnie ta książka fascynuje i jest dla mnie inspiracją, ponieważ chciałabym razem z mężem równie wspierającej edukacji dla naszego dziecka. I nawet jeśli będzie ona toczyć się w murach zwykłej szkoły, to tego typu historie są wspaniałym przykładem oraz nauką, jak możemy wspierać swoje dziecko również na drodze standardowej edukacji czy zanim ją rozpocznie, w  domu.

Książkę „…i nigdy nie chodziłem do szkoły” znajdziecie m.in. tutaj (klik).

Wspaniała. Polecam. A może już znacie?

Jestem ciekawa, co sądzicie o takiej drodze edukacji?

AUTOR

Agnieszka Siołek-Cichocka

Facebook Google+

Jestem pedagogiem i logopedą, pasjonatką psychologii, odkrywania mocnych stron, zabawy słowem i metafory. Piszę o rozwoju dzieci i dorosłych, kulturze, filmach i książkach. Szkolę się na psychoterapeutę w nurcie Gestalt. Mieszkam w Poznaniu. Prywatnie żona, mama i książkowy mol.